|
piątek, 12 października 2007
Jest początek galerii!!!
Nie pisałam, bo działałam na innym polu, zdjęcia, galerie, podgalerie... To jest praca ogromna, ale jakże wdzięczna, pozwala mi wędrować raz jeszcze, zatrzymywać się nad szczegółami, porównywać, kontemplować... Zaraz podam adres galerii, z zastrzeżeniem, że jest ona oczywiście w początkowym etapie tworzenia. Ale ponieważ zdjęc jest koło dwu tysięcy (oczywiście wszystkich nie zamierzam tam wrzucić, ale jednak nie chcę ograniczać się zasadą, aby zdjęć było jak najmniej i tylko te absolutnie najlepsze, bo to nie galeria moich fotograficznych zdolności, a chęć przekazania tego co widziałam, spojrzenia pod różnymi kątami zobaczenia wszystkiego co tylko możliwe. Dlatego moja rada, jeśli ktoś ma ochotę pooglądać zdjęcia zrobione przeze mnie podczas tej wyprawy, najlepiej robić to stopniowo, po troszeczkę, małymi garściami. W ten sposób posmakujecie lepiej, nie znudzicie się, nie przeoczycie tego co warto zobaczyć. Dlatego też staram się dzielić galerię na małe części, żeby łatwiej było przerwać, odpocząć i łatwiej wrócić. Przede mną tygodnie pracy. Ale oto adres: www.galeria.sla-w.com/Sycylia Miłego oglądania! I wracajcie do galerii, bo ona będzie rosła i rozwijała się, a jak już ją skończę, to pewnie zamarzę o tym, żeby tam wrócic i zrobić następne zdjęcia...
poniedziałek, 08 października 2007
niedziela, 07 października 2007
Dzien po powrocie
Nie tak latwo zakonczyc podroz, zakonczyc dziennik, zakonczyc taka bajke... A kto mi kaze konczyc? Caly dzien segreguje zdjecia. Najwazniejsze, ze wszystkie sa, zadna plyta nie zawiodla, nic sie nie popsulo. Musialam natychmiast przejrzec szczegolnie te pierwsze zdjecia, zeby pamiec nie zawiodla, zeby nie poplatac, zeby wiedziec co skad. Ale nie tylko. Chcialam sprawdzic, przypominajac sobie poszczegolne ogniwa mojej podrozy co widzialam, porownac wrazenia, sprawdzic co bardziej jest moje a co moze troche mniej. I juz wiem. Zachod Sycylii to jest moj swiat. Wschodni barok jest piekny, ale taki jakis za bardzo - za duzy, za piekny, za monumentalny. Bardziej pasuje mi oszczednosc stylu Mazary, prostota Erice. I niech tego nie czytaja Catanesi, Katania jest piekna, na ile moglam ja ocenic w ciagu pol dnia, ale Palermo mnie urzeklo. Nie wiem kiedy tam wroce, ale wroce. Potrafie czekac i cieszyc sie tym co przede mna. Po raz pierwszy zaczelam planowac wyjazd na Sycylie jakies 4-5 lat temu i co rok odkladalam wyjazd na pozniej, i mowilam sobie, to nic, lepiej ze to mam przed soba niz za soba. I teraz tez tak mysle... To dobrze, ze mam przed soba jeszcze rezerwat Lo Zingaro, dzielnice Albergheria w Palermo ktora mozna zwiedzac bedac oprowadzanym przez grupe dzieci z miejscowej parafii, wyspe Marettimo ktora wciaz byla po mojej lewej rece kiedy probowalam obejsc Levanzo (a moze znajde te droge ktora pozwala obejsc Levanzo bezpiecznie?), Agrigento, gdzie nie pojechalam bo nie bylo tam jak dojechac w dniu kiedy ten wyjazd zaplanowalam, oraz wschod, ktory swiadomie zostawilam na potem - wyspy Eolskie z ognistym Stromboli, Messyne, Taormine, wiecej Syrakuzy, bo teraz spojrzalam tylko na Ortigie, ceramiczne schody Caltagirone, a kto wie, moze trzy dni na Pantellerii, tak, zeby tam zobaczyc to wszystko czego nie udalo mi sie zobaczyc tym razem? Jest masa jeszcze innych miejsc na Sycylii ktore na mnie czekaja, a wiec i ja moge poczekac az to bedzie mozliwe... A dziennik? Kiedy zbuduje galerie (to bedzie niesamowicie wielka praca), prawdopodobnie dziennik skopiuje i polacze z galeria. Ale wczesniej mysle, ze jeszcze tu troszke popisze, to juz nie bedzie dziennik, ale wspomnienia, jakies wrazenia, a moze tez i garsc rad dla innych wedrowcow. Wiem, ze kilka osob podrozowalo ze mna, czytajac na biezaco moje wrazenia. To chyba byl niezly pomysl, i ja nie czulam sie sama. Choc na Sycylii i tak nie czulam sie sama, mialam wrazenie ze wszedzie jestem wsrod zyczliwych ludzi, ktorzy nie narzucaja sie z pomoca, ale nigdy jej nie odmowia. A przed moim domem leza zolte liscie i pada deszcz... ----------------- PS Dopisalam troszke we wpisie Enna, ktorys tam dzien
sobota, 06 października 2007
Dzien pietnasty i ostatni
Hej, pisze juz z domu, juz po domowym powitaniu, piciu czarnego wina spod Etny, jedzeniu nazbieranych w Modyce chlebkow swietojanskich i innych smakolykow i po pierwszych wrazeniach... Ale od poczatku (dzisiejszego dnia). Z Noto na lotnisko w Catanii jechalam bezposrednio, autobusem. Mialam samolot o 13.50 a wiec kolo 12 powinnam byc na lotnisku. Autobus Interbusu byl o 7.50, a w Catanii na lotnisku o wpol do dziesiatej, a wiec straszliwie za wczesnie. Ale... samolot do Polski jest raz na tydzien, a do tego ten to ostatni w sezonie... Jest ponoc autobus linii AST ktory na lotnisko przyjezdza dokladnie tak jak powinien, tzn na dwie godziny przed odlotem, no ale po pierwsze, ten AST jest jakis dziwny, zadnych rozkladow nikt nic nie wie, a po drugie, OK, a jesli go odwolaja? A jesli sie spozni, zepsuje?... Wybieram ten pierwszy. Poprzedniego dnia wieczorem robie jeszcze zakupy w takim sklepiku, gdzie sprzedawane sa sycylijskie smakowitosci. Oj, wykupilabym caly sklep... Kupuje wino (czarne jak lawa), olej swiety (ale to jest oliwa z papryka po prostu), krem pomaranczowy, owoce z marcepanu, czekolade z Modyki i solonego tunczyka... To wszystko zapakowane pieknie, sloiczki i wino owiniete tak, zeby sie w samolocie nie stluklo, bedzie na wieczor powitalny... Postanawiam absolutnie kupic przed odjazdem sycylijskiego fantastycznego chleba w roznych odmianach dla rodziny oraz kilka kilo owocow, ale to mam zamiar nabyc przed lotniskiem, ktore miesci sie w miescie a wiec z pewnoscia beda tam sklepy. Wychodze rano, po kawie i pozegnaniu z fantastyczna pania Cettina, ktora jest gospodynia ostello i opiekuje sie nami jak mama, ciocia i nie wiem kto jeszcze "e' stato un piacere..." Ide ulicami barokowego miasta z plecakiem, w koszulce z krotkim rekawem, slonce dopiero wstalo, jest cieplo... Prosze jakiegos pana, ktory siedzi sobie na lawce zeby mi zrobil zdjecie przed brama miasta, on sploszony usiluje sie wykrecic, ale mu wkladam aparat do rak i pokazuje co ma zrobic, ustawiam sie, on naciska mocno, a kiedy aparat blyska fleszem, przestraszony macha aparatem... No nic, z tego zdjecia nic nie bedzie, ale i tak mu dziekuje serdecznie. Potem Szwedka z tego samego schroniska, jadaca tym samym autobusem zrobi mi zdjecie przed fontanna. Ciekawe jak to sie dzieje, ze autobus w ktory wsiadamy to AST. Jedziemy. Za Syrakuzami kierowca konczy pospiesznie rozmowe przez komorke, podczas ktorej obserwowalam jak operuje kierownica za pomoca nie jednej reki, ale wrecz jednego palca, konczy, zjezdza na pobocze, wychodzi z samochodu. Autokar sie zepsul, poszedl uklad chlodzenia. Cos tam probuje robic, dzwoni, przeprasza. Za chwile maja przyslac autobus zastepczy. W autokarze jest kilka osob spieszacych sie na samolot, przerazeni, patrza co moment na zegarek, cudzoziemcy nie rozumieja o co chodzi, tlumacze im jaka jest sytuacja, upewniaja sie, juz wyslano autokar? To powinien byc za chwile? Potwierdzam, bojac sie, zeby nie bylo na mnie, jak ta chwila sie nieco przeciagnie... Ja tam sie niczego nie boje, bo mam mase czasu, ale upewniam sie w przekonaniu, ze wybralam wlasciwa godzine. W ciagu jakichs 20 minut przyjezdza drugi autokar i ruszamy, kierowca jedzie tak samo spokojnie jak do tej pory, balam sie, ze bedzie gnac zeby nadrobic czas, a on jedzie tak samo opanowany i ostrozny jak dotad. Imponuje mi ich opanowanie na drodze. Nie szarzuja, nie scigaja sie, nie ryzykuja, nie wyprzedzaja na trzeciego... Dojezdzamy na lotnisko z opoznieniem chyba kolo pol godziny, mysle, ze nikt sie nie spoznil, choc niektorzy bardzo sie denerwowali. Dosc szybko udaje mi sie oddac bagaz, wychodze przed lotnisko zeby poszukac sklepu z pieczywem i owocami. A tu guzik, przed lotniskiem nie ma nic! Mialam dosc czasu zeby wsiasc w autobus i pojechac do miasta, ale jednak balam sie. A jak sie zgubie, jak uwiezne gdzies w korku, jak sie spoznie? No i niestety, ani owocow ani chleba nie udalo sie kupic. Na lotnisku sa tylko pamiatki, alkohole, a w barze obrzydliwe buly z czyms - dlaczego nie sa tak dobre jak te w kazdym kiosku na rogu? Z lotniska jeszcze fotografuje Etne. Wydaje mi sie, jakby podloga drgala, ale to chyba startujace samoloty. Choc Paolo powiedzial, ze w Catanii nie ma dnia bez trzesienia ziemi, nawet, jesli jest ono bardzo delikatne... Czas sie dluzy. Dziwnie duzo Polakow naraz. I prawie nikt nie mowi po wlosku... Szkoda...
piątek, 05 października 2007
Dzien czternasty, Noto, Syrakuzy?
Dzis jestem w dole... Brzuch boli, w glowie sie kreci. Siedze na razie tutaj i pisze liczac na to ze jakos dojde do siebie, ale coraz bardziej mysle o jakims lekarzu... Jechac do Syrakuz? Jak tam nie pojechac... Ale co ja z tego bede miala w takim stanie? Co prawda w schronisku przemila Francuzka dala mi jakas tabletke, ale to mi chyba bardziej zaszkodzilo niz pomoglo... Nie wiem jeszcze co dzis zrobie. Z pewnoscia nie przyjde juz do kafejki i juz z domu napisze co dzis, i co jutro. Bo jutro rano wyjezdzam z Noto wprost na lotnisko w Katanii i po poludniu bede w domu. Przydalby sie tydzien wolnego, zeby odpoczac... ciąg dalszy: Z kawiarenki trafiłam na pogotowie, dwie kroplówki i zastrzyk, i jak żal Syrakuz! Parę godzin poziomo i wreszcie trochę lepiej. Ze szpitala trafiam na przystanek i chwilę później jadę do Syrakuz. Spacer po starówce na wyspie Ortigi i jaka frajda, że wygrałam! Wracam do Noto, zakupy i pakowanie.. Do jutra! Dzien trzynasty, Ragusa, Modica
Hej, pisze dzien po, bo wczoraj zamkneli kafejke za wczesnie... Pisalam wczesniej, ze to bujda ze tutaj nikt nie wie jaki autobus, skad i gdzie. Otoz w Noto to jest faktem... Po pierwsze, sa autobusy ale nie ma rozkladow. Po drugie, bilety sie kupuje w barze za rogiem. A jak ktos nie wie, nie zapyta? No, to nie wie. Choc kierowca poczeka jesli ktos bedzie chcial jechac a nie bedzie mial biletu. W barze sa bilety i sa tez rozklady jazdy, ale tylko na linie Interbus. Autobusy linii AST to autobusy widma. Ktos mowi, ze autobus bedzie, ktos ze nie, ludzie czekaja. Dziwie sie troche, ze sie nie buntuja, bo co to za system! No dobra, ale ja do Ragusy wybieram sie pociagiem, w internecie znalazlam, ze autobusy tam nie jada, ale pociagi czesto. A wiec schodze w dol do stacji. Schodze, i schodze i schodze. I tak sobie mysle, ze jak wroce, trzeba bedzie wejsc na gore. No dobra, ale to bedzie za iles tam godzin. W koncu jest stacja, jakas taka cicha, pusta, wszystko na glucho pozamykane. Bilety? Ani kasy ani automatow... To co robic? Z rozkladu wynika, ze za ponad godzine bedzie pociag do Ragusy, wiec mam troche czasu. Widze jakiegos sprzatacza ktory sprzata stacje. Pytam, come si fa? (jak sie to robi?) A on mi odpowiada, ze kiedys mozna bylo kupic bilety na stacji, ale teraz juz nie. No to co robic? -w barze na gorze kupuje sie bilety... W BARZE NA GORZE???? Ratunku! No to wspinam sie na gore, staram sie isc szybko, zeby zdazyc. Mokra i zgrzana wchodze do baru- a tam czarnooki barman patrzy na mnie zdziwiony. Bilety na pociag? Skad, my nie sprzedajemy biletow na pociag, sprzedajemy tylko na autobusy, i to tylko linii Interbus. No to come si fa? On nie wie. Ale chyba bedzie niedlugo autobus do Ragusy tej drugiej, wrazej linii. OK, to ide na przystanek, mysle, to moze lepiej, nie bede musiala znow schodzic na dol a co gorsza, potem wchodzic na gore. Pytam ludzi: podobno bedzie, jeden mowi za 10 minut, drugi za 15, inny ze w zasadzie to powinien byc jakis czas temu ale nie bylo... Dziwie sie, jak to jest ze oni sie na to zgadzaja... W koncu przyjezdza autobus, pytam ludzi - do Ragusy? Tak. No to wlaze, prosze o bilet do Ragusy, a kierowca mowi - nie, ten autobus nie jedzie do Ragusy... No to wylaze i zaczynam pomstowac. Facet na przystanku oferuje mi, ze mnie zawiezie do Ragusy... Oczywiscie, nie podejmuje tematu, ale potem on mi mowi, ze moge pojechac pociagiem a bilet kupic u konduktora. Bez zadnej doplaty, bo skoro nie ma kasy... Patrze na zegarek - faktycznie, jest jeszcze czas. Schodze znow na dol. Przed stacja pojawil sie samochod, w ktorym ktos siedzi. To taka ichnia informacja. Grzecznie informuje mnie, ze moge bilet kupic w pociagu... Szkoda, ze wczesniej go nie bylo... I faktycznie, przyjezdza punktualnie pociag zlozony z dwu wagonow, i kupuje bilet... Pociag jedzie spory kawal drogi nad morzem a potem skreca w gory Ibli. Widoki robia sie coraz bardziej zachwycajace, szczegolnie kiedy mijamy Modyke. Ja tu wroce w powrotnej drodze.Na nieprawdopodobnej wysokosci widac most, jak w niebie. Dalej gory, tunele, tunele i gory. Probowalam robic troche zdjec, szczegolnie kiedy w Modyce wsiadl mily pan, i pokazywal mi, z ktorej strony teraz warto wygladac... Dojechalam do Ragusy. Wiedzialam, ze Ragusa dzieli sie na dwa miasta - stare Ibla, i nowe Ragusa. Oczywiscie, chcialam dotrzec do Ibli. Zapytalam o stare miasto,pokazali mi droge. Tam Duomo, znow barok, ile tu tego baroku... Pytam o Ible- trzeba isc w dol, ale to bardzo daleko. No dobra, przynajmniej spojrze na nia z gory. Doszlam do tarasu widokowego,cudo! Mysle -moze mi wystarczy, przeciez widze cuda moge porobic zdjecia i wrocic... Ale schodze, tam trzeba dojsc... Caly czas w dol, jedyny problem to mysl, ze potem trzeba bedzie pojsc do gory... Ale moze bedzie stamtad jakis autobus na stacje? Fotografuje z gory dachy z piaskowca, koscioly, uliczki. Potem jestem w Ibli, pieknie, dumna jestem, ze tu jestem... W koncu trzeba wracac. Oczywiscie, autobus nie wiadomo kiedy bedzie, a pociag za godzine. No wiec ide. Troche oczywiscie pobladzilam, szlam, i szlam, i wciaz bylam w Ibli, a nie w Ragusie, ale w koncu jednak wspielam sie na sasiednie wzgorze, znalazlam sie kolo barokowej katedry, a potem na znajomych ulicach i jakos dziwnie znalazla sie stacja. Zgrzana, spocona wpadlam do kasy biletowej,pytam o bilet do Modyki, a facet mi mowi zebym przeszla do niego od strony peronu... Dziwna sprawa, ale robie jak mowi, a okazuje sie, ze pociag stoi a maszynista czeka az kupie bilet, skasuje i wsiade. Wsiadam i odjezdzamy... Dumna jestem, co prawda pociag znow ma dwa wagony, ale tylko na mnie czekal... Wracamy przez te tunele i gory, dojezdzamy do Modyki. Sprawdzam o ktorej mam powrotny i wychodze z dworca. No dobra, ale mozna pojsc w lewo, w prawo, zadnych napisow, zadnych znakow, nikogo...Wybieram droge ktora wydaje mi sie logiczna i wlaze na gore. Po lewej mam ten nieprawdopodobnie wysoki most po ktorym jak ptaki przemieszczaja sie samochody... Ejze, tak wysoko nie mam zamiaru wlazic! Ide ide, ide, a miasto caly czas jakies takie malo ciekawe. Czyzby to miala byc ta Modyka? W koncu znajduje czlowieka, pytam o centro storico, a ten mowi, przeciez pani idzie stamtad! Jak to? Niepotrzebnie wchodzila pani na gore, centro storico jest na dole i na sasiednim wzgorzu... To co teraz? Mozna wrocic lub mozna dojsc jeszcze wyzej i stamtad zejsc... Facet mi proponuje, ze stamtad mozna zrobic zdjecia i wrocic na dworzec, moze to mi wystarczy... E tam, wystarczy... A wiec ide w gore, potem schodze zachwycajac sie widokiem ale tez nieco wystraszona jak ja tam doleze na tych moich wciaz bolacych nogach. Po drodze zbieram chlebek swietojanski, taki sam jaki w Noto sprzedaja po 1 euro za 5 sztuk... Wreszcie jestem na dole. No, teraz to czuje ze jestem w -znow barokowym -miescie. Jest nawet informacja turystyczna. Pytam o mapke, pani mi objasnia co i gdzie i mowi, jesli jeszcze ma pani sile, prosze wejsc tu na gore, tam jest pieknie i stamtad isc tam i tam... Wchodze wiec tam gdzie pieknie, robie mase zdjec (ciekawe, kiedy ja te zdjecia opracuje)... Widze jakis bardzo wazny pogrzeb, trumne znosza po wysokich barokowych schodach a ludzie klaszcza. Na stacje docieram troche za wczesnie, bo sie okazuje, ze faktycznie to dwa kroki od centrum, a ja po prostu nie mam juz sily, nogi bola i zaczyna cos mnie bolec brzuch.Czyzby mi zaszkodzilo to co zjadlam po drodze na obiad? Bylo dobre, ale tluste... Wracam pociagiem przez ciemny swiat, potem wspinam sie znow w Noto na gore, potem padam na lozko... Warto bylo, ale czy ja kiedys odpoczne? I ten brzuch coraz bardziej boli... Jutro Syrakuzy, musze jakos dojsc do siebie...
środa, 03 października 2007
Dzien dwunasty, Noto
Jestem w przepieknym barokowym miasteczku, calym w kolorze miodu, mieszkam w Ostello ktore sie miesci w starym zamku nad miastem. Tym razem warunki sa prawdziwie schroniskowe, spora sala z lozkami pietrowymi, jest nas chyba ze szesc osob, ale wszystkie zachowuja sie niezwykle cicho i tak, zeby nikomu nie przeszkadzac. Warunki nie sa luksusowe, ale czego potrzeba, spokoju, a ten tu jest. Spalam jak zabita do siodmej, kiedy zagral przeslicznie dzwon w jakims kosciele, potem jeszcze przysnelam.
Jest tu masa cudnych kosciolow i budowli barokowych, to miasto jest bardzo turystyczne, to widac, masa przechodniow trzyma w rekach mapy a co drugi sklep to pamiatki...
Po poludniu chce pojechac na sam koniec Sycylii - ten koniec poludniowo-wschodni, na plaze, do portu. Moze uda sie troche pokapac...
Jutro wybieram sie do Ragusy, majac nadzieje ze dzisiejszy spokojny dzien pozwoli mi wyleczyc troszke bolace stopy. Jak nie, to leczyc sie bede w domu, bo pojutrze chce pojechac do Syrakuz. A potem juz do domu... Ojej, jak to zlecialo...
Ogromnie mnie ucieszylo, ze nikt sie tu nie przejal tym ze nie mam karty schroniskowej, wlascicielka powiedziala ze nie ma problemu, zadzwonia do Palermo zeby potwierdzic ze mialam karte...
Natomiast tutaj, w kafejce powiedziano mi ze powinnam koniecznie nosic przy sobie dokumenty, takie sa przepisy we Wloszech, a ja o tym nic nie wiedzialam i zawsze zostawialam paszport w schronisku... OK, zaraz go wezme, niech mnie nie wezma za terrorystke, siedzi sie 24 godziny w areszcie, byloby ciekawe, ale szkoda tego co mozna przez ten czas zobaczyc...
Pozdrawiam serdecznie wszystkich
Dzien jedenasty, ETNA!!!
Trudno wogole ogarnac slowami to co widzialam. Jestem szczesliwa ze zdecydowalam sie na te wycieczke. Mialam zamiar pojechac autobusem do schroniska Rifugio Sapienza i potem kolejka na gore, ale co potem, tego juz nie wiedzialam. Probowalam zorientowac sie z informacji w internecie ile to kosztuje i jak, co i gdzie, i nie bylo to latwe. Wychodzilo mi jednak, ze z Catanii jest jeden autobus do schroniska w Rifugio Sapienza rano, i wraca tez jeden kolo szostej. A tam trzeba jechac kolejka, co kosztuje, wg roznych zrodel, 35-45 euro (z biletem na autobus wychodzi kolo 45-50 euro). A co zrobic z bagazem? Zostawic w przechowalni? To dochodza kolejne euro. I co zrobic na gorze, jak sie juz dojedzie kolejka? Tam nie wolno samemu chodzic, trzeba z przewodnikiem, a to ile kosztuje? Poruszalam sie po omacku... Zamiast tego zdecydowalam sie na wycieczke zorganizowana przez firme Etna Experience. Wycieczka kosztowala 55 euro, a wiec wlasciwie tyle samo, a naprawde warto! Wyjazd Landroverem grupy 8- osobowej z Catanii, Piazza Duomo o 9 rano, z plecakiem, powrot do Catanii wprost na dworzec autobusowy o 18.30, wycieczka prowadzona przez sympatycznego Paola, ktory przez caly czas opowiadal, po angielsku i po wlosko-hiszpansku o wszystkim co widzielismy, o historii i prehistorii wulkanu, o rodzajach lawy, o kraterach, historii kolejnych erupcji. Chodzilismy po lawie, po popiole z wybuchu sprzed dwu tygodni, zagladalismy do nieczynnych kraterow, widzielismy obrazy jak z ksiezyca, ale na ksiezycu nie ma tak fantastycznej przyrody... Paolo nas wozil po drogach i po wertepach, mowiac o wszystkim co widzielismy w dwu czy trzech jezykach, pokazywal cuda z samochodu, potem poszlismy na wycieczke po wulkanicznych zboczach, zagladalismy do dziury bez dna, widzielismy wulkaniczna bombe, ogladalismy prawie czarne wulkaniczne zwierzatka (jaszczurki, motyle), schodzilismy w kaskach do jaskini wyzlobionej przez lawe... Jedlismy przy stole pod drzewami przed schroniskiem na polnocnym zboczu Etny fantastyczny posilek na lonie natury, z czerwonym winem i specjalnosciami sycylijskiej kuchni wyjetymi z landrovera... Wszystko to w niezwykle sympatycznej atmosferze, i za cene nie wyzsza, niz kosztowalby wyjazd autobusem i kolejka... Zdjec zrobilam miliony, moze one potem pozwola opowiedziec wiecej. Nie widzielismy nigdzie ognia, lawy strzelajacej, nic z tych rzeczy, procz dymu z dwu kraterow. Potem pojechalismy do wawozu Alqantara, zeszlismy po 300 schodach w dol, i tam wsrod tych cudow przyrody zauwazylam ze wyladowala sie bateria w aparacie... Chcialo mi sie ryczec, Paolo brodzacy juz w lodowatej wodzie, gdzie balam sie wejsc ze wzgledu na moje biedne nogi, zachecal do wejscia, powiedzialam mu jaki mam problem, zapytal ' chcesz kluczyki - pomyslalam o tych trzystu schodach, i powiedzialam, dawaj. Wiedzac ze nie mamy duzo czasu wbieglam na gore, pomordowalam sie troche z zamkami, szybko wymienilam baterie i zbieglam w dol, tu juz nie zastanawialam sie, zrzucilam buty i weszlam do lodowatej wody zeby zrobic zdjecia wawazu - nie po to tu przyjechalam zeby sie roztkliwiac nad bolacymi nogami... Cuda jakie tam sie znajduja sa nie do opowiedzenia slowami... Paolo zawiozl mnie na przystanek autobusu skad pojechalam do Noto, niestety, po drodze nie moglam sie napawac widokami bo bylo juz ciemno, ale wracajac do Catanii, na lotnisko bede jechac ta sama droga, rowniez jadac do Syrakuz bede mogla popatrzec na widoki.
poniedziałek, 01 października 2007
Dzień dziesiąty: Enna, Catania
CATANIA: ogromna, głośna, śpiewna. B&B w centrum starego miasta. ETNA: Dziś prawie niewidoczna. NOGI: Bolą! Jutro całodzienna wycieczka na Etnę i do wąwozu Alcantara. Nogi odkręcę, a przejdę. Jutro wieczorem będę w Noto, już do wyjazdu. Ozłocę kierowcę autobusu, który mnie zgarnął z ulicy, jak gnałam na dworzec autobusowy! Dzisiejszy wpis będzie oczywiście jeszcze uzupełniany :) PS Dopisek po paru dniach, juz z domu. Jako ze to dziennik, trudno jest dopisywac cos pozniej. Ale chce powiedziec o Ennie. Zwiedzanie miasta, polozonego na wzgorzu, a wiec z uliczkami w gore i w dol, w upalny dzien, przez kilka godzin z plecakiem, to dosc duze poswiecenie, w kazdym razie dla mnie. Ale nie zaluje. Przede wszystkim nie zaluje widokow, jakie udalo mi sie zobaczyc kiedy dotarlam do ... do konca miasta. Juz wiecie, ze jesli jest jakis koniec to ja tam musze dojsc. A to miasto, jak statek, swoj dziob opiera o skale. A wiec przeszlam miasto (a wczesniej, zle pokierowana, poszlam troche w bok), obejrzalam kamienice, stare miasto, koscioly, uliczki, i w koncu znalazlam stary zamek a obok niego znak: do skaly. O, jest skala, to musze dojsc do skaly! Wiedzialam, ze mam autobus za dwie i pol godziny, ale byly tez nastepne autobusy, wiec niczym nie ryzykowalam. Skala jak to skala, zawieszona byla nad wzgorzem. Weszlam na skale po kamiennych schodach, najwyzej jak sie dalo. Stamtad... bylo widac caly swiat... A czescia tego swiata byla tez Etna, ku ktorej zmierzalam. Poniewaz na skale wdrapala sie tez niemiecka rodzina, zaproponowalam uklad - ja wam zrobie zdjecie, ale wy mi tez zrobicie zdjecie! (takiego ukladu uzylam kilkakrotnie podczas mojej podrozy, dzieki czemu mam kilka zdjec na ktorych mnie tez widac:) A wiec ma zdjecie na skale a za mna w oddali ona, niebiesko-szara Etna rozplywajaca sie na tle nieba... Warto bylo tu dojsc! Kiedy sie jednak wejdzie na wierzcholek albo na koniec czegos, to na tym powinien byc koniec, a najgorsze, ze zwykle trzeba jeszcze wrocic. Tak tez bylo tym razem... Cale to dlugie miasto ktore przeszlam musialam minac zeby sie dostac na przystanek... Kiedy juz zrobilam milion kilometrow, i juz wiedzialam ze autobus odjechal, a ja do przystanku mialam jeszcze daleko, i perspektywe czekania na nastepny autobus, schodzilam ulica w dol, zgrzana, zmeczona, powloczac jak zwykle obolalymi nogami, z wazacym tone chyba plecakiem (jakos utyl tego dnia...) - obok mnie zatrzymal sie AUTOBUS!!! Autobus, ktory na tabliczce mial napisane slodkie CATANIA!!! Autobus stal, a w srodku kierowca patrzyl na mnie pytajaco... Ja na niego tez, niedowierzajaco, z niemym pytaniem - czyzby pan jechal do Catanii, czyzby pan sie zatrzymal dla mnie, czyzby to byla prawda??? Otworzyl drzwi, i surowo wymamrotal, zebym juz przestala sie gapic, bo on i tak jest spozniony! Myslalam, ze go wysciskam za te jego surowosc! Tam nie bylo zadnego przystanku, on nie musial wogole pomyslec, ze ja ide na przystanek, ze chce jechac do Catanii, ze mnie bola nogi, ze jest goraco, mogl sobie jechac spokojnie i nawet na mnie nie spojrzec, tym bardziej, ze juz mial spoznienie... Signore, prosze pana, zycze panu zeby wszyscy pasazerowie zawsze sie do pana usmiechali i zeby autobus nigdy sie panu nie popsul, i zeby mial pan najlepsze kursy i dostawal podwyzki i juz nie wiem co jeszcze taki kierowca autobusu moglby chciec! (dopisek na temat Katanii, juz z domu) W Catanii zatrzymalam sie tylko jedna noc. Chodzilo mi glownie o wycieczke na Etne. Wschodnia czesc wyspy zasadniczo odlozylam na potem, myslac, ze tam latwiej dotrzec, nawet przy okazji wycieczki do Calabrii, wiec z pewnoscia tam jeszcze pojade. Zwiedzajac rano Enne moglam Catanii poswiecic pol dnia. Poczatkowo szukalam noclegu pod Etna, ale potem stwierdzilam, ze lepiej znalezc cos w samym centrum zeby spojrzec na to miasto. I udalo mi sie znalezc w calkiem przyzwoitej cenie B&B Teatro Bellini, w samiutenkim srodku starego miasta. Patrzac na mape w domu myslalam, ze jest to bardzo blisko dworca. I bylo, tylko nie dane mi bylo sie tym cieszyc... Mapka zostala w domu bo wyjezdzajac mialam inne problemy na glowie. No, to trzeba pytac. Na dworcu autobusowym zapytalam o Teatro Bellini. Pokazano mi droge i poszlam. Szlam i szlam i miasto nie stawalo sie ani troche bardziej stare. W koncu znow zapytalam. Kazano mi skrecic w lewo i isc przed siebie. I znow szlam, i szlam i szlam. Zapytalam, spojrzano na mnie z przerazeniem - pieszo? To bardzo daleko! I kazano isc znow w lewo, az do konca... Czyli, jakby tak dobrze pomyslec, poruszalam sie po trzech bokach prostokata, szlam najpierw od morza, potem w bok, a potem znow do morza, tylko troche dalej... Po porannym zwiedzaniu Enny, po zdobywaniu wysp, po zwiedzaniu Marsali i Mazary, po szukaniu Salin ta pokrecona trasa w Catanii z plecakiem na grzbiecie to nie bylo to o czym marzylam! Mialam po Catanii chodzic jak dama, w spodnicy, sandalkach, powolutku, spokojniutko, taki byl plan. A ja mialam jej juz dosc! W koncu doszlam do jakiegos placu, zrobil sie bardziej stary, miasto zaczelo byc starym miastem, a na koncu placu byl budynek wygladajacy na teatr, i na nim bylo napisane... Bellini! Weszlam w uliczke obok teatru i doszlam do uliczki za teatrem - i to byla ta uliczka, i ten dom! NARESZCIE! Dostalam moj pokoj z trzema lozkami, klimatyzacja, telewizorem ktorego nie umialam uruchomic, i przede wszystkim z lazienka! Prysznic, plastry na nogi, swieze ciuchy (spodnica, a jak!) - i z nowymi silami ide zwiedzac stare miasto Catanii... Ale wczesniej jeszcze znalazlam w saloniku plany miasta, i na planie, o zgrozo, zobaczylam, jak blisko bylo tutaj z dworca, a jaka ogromna droge zrobilam kierowana przez ludzi, ktorzy byc moze nie mieli pojecia gdzie jest teatro Bellini, ale nie chcieli mi tego powiedziec... Nic na to nie poradze, ze moje pierwsze spotkanie z Catania bylo takie wlasnie, ze mialam dosc tego krecenia sie w kolko, ze bylam wkurzona. A potem zobaczylam na murze napis: "Odio Palermo" - czyli "Nienawidze Palermo". Dlaczego? Mysle sobie - dlaczego ktos mialby nienawidzic Palermo? I to tez jakos tak na mnie wplynelo ze chcialam bronic Palermo... Dlatego nie wiem czy naprawde jest tak, ze Catania jest mniej urokliwa, bardziej brudna, bardziej glosna, bardziej biedna, ze zrobila na mnie mniejsze wrazenie. Moze to tylko to wrazenie, moze te kilka godzin to bylo za malo... Nie to, zeby mi sie nie podobala, nie, absolutnie nie o to chodzi. Ale nie zrobila na mnie jakiegos podnioslego wrazenia. Choc wieczor skonczyl sie super, w trattorii, byly penne alla Norma i czerwone wino, uprzejmy kelner, stoliki na ulicy, cieple wieczorne powietrze, ruch na ulicach, jak to u nich wieczorem... Jutro Etna...
niedziela, 30 września 2007
Dzien dziewiaty, Piazza Armerina, Villa Romana
Hej, dzis rano wyruszylam z Trapani, nie bez zalu, przez Palermo do Piazza Armerina.
Ale od poczatku. Jest niedziela, i choc kupilam bilet na autobus miejski to jednak nie bardzo wierzylam, ze te autobusy beda dzis chodzic. I nie pomylilam sie. Poszlam, na moich bolacych nogach, piechota i zaden autobus mnie nie minal...
W Palermo mialam dwie i pol godziny czasu i stwierdzilam, ze nie mna sensu przez ten czas siedziec i czekac na przystanku. Oddalam plecak do przechowalni dworcowej i poszlam przypomniec sobie Palermo. Poszlam via Roma, do Vittorio Emanuele i przypomnialam sobie ze jest niedaleko Piazza Marina, ten plac z fantastycznymi drzewiastymi olbrzymami. I tam sobie usiadlam, tym razem bez pospiechu...
Do Piazza Armerina jechalam przez centrum Sycylii, o to mi wlasnie chodzilo zeby to zobaczyc. Gory, gory i gory, gory i pagorki, czesciowo calkiem jalowe, czesciowo jakies pastwiska. Jak ci ludzie tu zyja, w takich warunkach...ù
Przed Piazza Armerina byla Enna, gdzie pojade jutro. To miasto znajduje sie na gorze i trudno wrecz uwierzyc ze autobus moze sie tam wspiac, a on to zrobil i to szybko...
Potem pojechalismy do Piazza Armerina, tu poszlam do Ostello del Borgo, obchodzac centrum kilka razy, bo nie tak latwo bylo w tej plataninie uliczek znalezc ten dawny klasztor, w ktorym teraz miesci sie schronisko. Tu okazalo sie, ze niestety, posialam gdzies, nie wiem jakim cudem, legitymacje schronisk. Tutaj udalo mi sie, bo akurat nie mieli nowych legitymacji na stanie, i w tajemnicy mi sie upieklo, ale w Noto bede musiala kupic nowa legitymacje, i to nieco boli. Ale jakas tajemnicza sprawa, co sie z nia moglo stac...
Jak narazie jestem w czteroosobowym pokoju sama, i niech tak zostanie do rana!
To co najwazniejsze tutaj do zobaczenia, to Villa Romana, odkryte calkiem niedawno rzymskie freski, wsrod ktorych slynne rzymianki w strojach bikini... To trzeba bylo koniecznie zobaczyc. Ale jak sie tam dostac? Jest autobus, jest przystanek, ale to co napisane w rozkladzie calkowicie przechodzi moje mozliwosci rozumowania, i postanawiam pojsc pieszo, tak w ramach leczenia bolacych nog... 4,5 km, co to dla mnie... Jak sie tych kilometrow do celu robi 1,5, zatrzymuje sie samochod i proponuje podrzucenie do Villi, przekonujac mnie, ze za godzine zamykaja. To jest oczywiscie argument... Ale tak sobie mysle, jak ja wroce, tym bardziej, ze jest caly czas w dol, a wiec spowrotem bedzie pod gore... Ale o tym pomyslimy potem...
Freski zwiedza sie idac po wysokich chodnikach i spogladajac na nie w dol. Szukam i szukam tych dziewczat, i nigdzie ich nie ma. Po drodze podziwiam scenki mysliwskie, freski jak perskie dywany, zwierzeta itp. Na koniec, po niezlym szukaniu wreszcie znajduje... One sa zupelnie niezwykle, idealne! Dziewczyny w bikini z czasow rzymskich...
No, w koncu ruszam stamtad - patrze na rozklad jazdy, nic z niego nie wynika. Pytam sprzedawcow ze stoiska z pamiatkami - niestety, autobusu nie bedzie. Mowie, no to co mam zrobic, i robie krok do przodu. Zatrzymuja mnie. Potrzebuje pani podwiezienia? - No, jakby to powiedziec, chyba tak, mowie, i z gory boje sie, ile to bedzie kosztowalo. Mowia mi, zebym poczekala, bo ludzie beda sie zbierac i napewno ktos mnie podwiezie. Facet podprowadza mnie do dziewczyny i mowi do niej, ze moze juz jechac, ale ma mnie podwiezc. Dziewczyna otwiera mi drzwi, i jedziemy gadajac. Okazuje sie, ze ona ma prawo jazdy od 5 dni! Ale radzi sobie fantastycznie! Podwozi mnie na glowny plac Piazza Armerina, uratowala mi zycie. Nie wiem jak zapytac, zeby nie podpasc - czy jestem cos winna? Alez skad! Wiec dziekuje bardzo serdecznie i ide na Stare Miasto. Piekne budynki, waskie uliczki, masa turystow, tzn nie tlumy, ale wiekszosc ludzi to turysci. Postanowialm dzisiaj wreszcie cos zjesc porzadnego, ile mozna sie zywic chlebem. Znalazlam trattorie, oczywiscie, nie dalabym rady zjesc normalnego obiadu, ale dla nas porcja spaghetti to calkiem normalny obiad, wiec prosze Spaghetti alla zingara i wino. Porcja byla ogromna, ale zjadlam wszystko, po wlosku wyczyscilam talerz chlebem, wypilam wino... Chyba jest OK...
Jutro jade do Catanii, a wczesniej zatrzymam sie na dwie godziny w Ennie, ktora sprobuje zobaczyc choc troszke z plecakiem na plecach. Zobaczymy jak mi to wyjdzie. Nie wiem czy w Catanii bedzie internet i nie wiem, czy bedzie w Noto gdzie pojade potem. Jesli nie, to poprosze Ale zeby tu wpisala choc odrobinke tego co wysle SMSem, a reszte uzupelnie po powrocie. Zobaczymy.
W tej chwili sciagam zdjecia z aparatu, miejmy nadzieje ze to sie uda i nic nie strace. W recepcji jest napisane ze godzina internetu kosztuje 3 euro, ja tu siedze juz dlugo, ale nikt mi nie powiedzial nic o placeniu, zobaczymy...
Acha, do Villa Romana, calkiem nie wiadomo dlaczego, dostalam bilet gratis... To moze i z tym internetem mi sie uda...
Pozdrowionka nie wiem do kiedy
sobota, 29 września 2007
Dzien osmy - Favignana i Levanzo
Hej, to juz polmetek... szkoda... Zbiera sie coraz wiecej powodow, zeby tu przyjechac jeszcze raz: po wczorajszych wyczynach na Pantellerii postanowilam odpuscic poranny autobus do rezerwatu Lo Zingaro, ale pojechac tam pozniej pociagiem i pobyc tam krocej, bardziej wypoczynkowo. Tymczasem, mimo ze wpatrywalam sie badawczo we wszystkie znaczki w spisie pociagow, nie zauwazylam, ze ten pociag jezdzi tylko w niedziele... Nastepny byl o drugiej, to juz nie mialo sensu, tym bardziej, ze tutaj wszystko czesto sie konczy po poludniu, a wiec i powrotny ze Scopello jest o 16... Jak mawiaja Wlosi, sara per un'altra volta... Szkoda, bo bardzo sie nastawialam na dlugi spacer po rezerwacie przyrody, no ale po cos tu trzeba wrocic... Po powrocie z Zingaro mialam poplynac na Favignane, a wiec w takiej sytuacji poszlam do portu. Niedaleko Trapani znajduja sie trzy wyspy, najwieksza Favignana, i dwie mniejsze, Levanzo, blizko poprzedniej, i Marettimo, najdalsza. Dwie pierwsze wyspy byly kiedys polaczone z Sycylia, a potem morze zalalo waski pas ladu ktory je laczyl i tak powstaly te wyspy. Natomiast Marettimo powstalo, o ile sie nie myle, pozniej, i stad jest odmienna wyspa od pozostalych. Kiedy postanowilam ze pojade na Pantellerie, zrezygnowalam z odwiedzenia Marettimo, ale chcialam obejrzec chocby Favignane. A w tej sytuacji moglam sobie pozwolic na wycieczke na dwie blizsze wyspy, a Marettimo ... sara per un'altra volta... Favignana jest dziwna, bo z daleka widac gorzysty teren, ale z bliska mozna dostrzec ze wyspa jest bardzo dluga ale wieksza jej czesc jest niemal calkowicie plaska. Jak Pantelleria jest czarna wyspa, tak Favignana i Levanzo to wyspy niemalze biale, bo wapienne. Na Favignanie wiele jest kamieniolomow, z ktorych wycina sie bloki do budowania domow. Favignana to wyspa w przewazajacej czesci plaska, za to Levanzo to wlasciwie jedna wielka gora... Po przybyciu na Favignane sprawdzilam o ktorej mam statek na Levanzo, i wyszlo mi ze mam dwie i pol godziny, i statek jest o 14. Poszlam do wypozyczalni rowerow przy porcie, rower na caly dzien kosztuje 5 euro. Kiedy dowiedziano sie, ze chce go wziac wlasciwie na godzine (bo o 13 zaczynala sie przerwa obiadowa), pani cos zaczela do mnie mowic porozumiewawczo, i okazalo sie, ze dostalam rower ... w prezencie, na ile czasu chce, moge go zostawic jak juz przyjade przed wypozyczalnia, a jakby ktos sie pytal, to powiedziec, ze mam zaplacic po powrocie, a tak naprawde to nie mam nic placic, i milego zwiedzania wyspy! Po prostu oniemialam! Favignane wspaniale sie zwiedza na rowerze. Oczywiscie, nie ma mowy o wspieciu sie na ogromna gore, na ktorej stoi jakis zamek czy co (jakos mi sie wydaje ze wiezienie, ale nie jestem pewna). No i jednak te 2,5 godziny nie wystarczyly na objechanie calej wyspy, no ale ... sara per un'altra volta... Zdazylam natomiast wpasc do zatoczki, gdzie opalaly sie panie, i szybciutko wskoczylam do wody, przeplynelam kawalek tam i spowrotem, i potem szybko sie ubralam i pojechalam dalej. To byla niesamowita frajda, jezdzenie rowerem, i myslalam tez, ze moje nogi odpoczna po wczorajszym... Jak bardzo sie mylilam, o tym bedzie potem... Po Favignanie jezdza samochody, motorini, jest tam miasteczko z katedra, oczywiscie jest tez masa hoteli, ale zauwazylam, ze tak tu, jak na Pantellerii, jak i potem na Levanzo nie ma wogole tego obrzydliwego turystycznego ruchu, tzn sa turysci, sa kwatery i hotele, sa oferty wycieczek (z reguly na telefon) ale nie ma tego biznesu "pod turystow", tego lapania za reke i ciagniecia do siebie, tego wrzasku, tej nachalnosci. Po prostu, jest tu cisza i spokoj. W zadnym wypadku nie przypomina to ani naszych miejscowosci nadmorskich, i na szczescie! Objechalam na rowerze co najmniej pol wyspy (zostawiajac drugie pol per un'altra volta), i wrocilam do portu. Odstawilam rower pod wypozyczalnia, z kartka na ktorej podziekowalam za umozliwienie mi zrobienia takiej fantastycznej wycieczki, i poszlam kupic bilet na statek. A tu okazalo sie, ze statek jest o 14.35. Szkoda mi bylo bardzo, bo moglam sobie jeszcze pojezdzic, no ale juz bylo na to za pozno. A potem sie okazalo - i na to radze zawsze zwracac we Wloszech, a w kazdym razie na Sycylii uwage - ze ja poszlam do kasy firmy Ustica, i statek tej firmy plynal o 14.35, a wczesniej sprawdzilam na planie statek firmy Siramar, ktory faktycznie plynal o 14! Ale w kasie nikt mi nie powiedzial, ze jest statek wczesniejszy konkurencyjnej firmy... Trudno, w tym czasie odpoczelam troche, no bo w tym dniu relaksu mialam za soba dosc ostre plywanie oraz wycieczke rowerowa... Na Levanzo odstawilam moj pokazowy numer... To mi sie juz pare razy w zyciu zdarzylo. Moj defekt polega na tym, ze jak widze przed soba drugi koniec czegos, to chce tam koniecznie dotrzec, a jesli cos jest okragle, to chce to obejsc... Przeczytalam, a w kazdym razie pamietalam, ze Levanzo ma 13 km obwodu, a teraz mysle, ze chodzilo o dlugosc wyspy. No ale myslac o obwodzie, pomyslalam, ze to troche wiecej niz 2 godziny drogi, taki sobie spacerek... Na Levanzo jest tylko jedna miejscowosc, jedno skupisko ludzkie w zatoce. Domy sa wszystkie chyba biale, bardzo zadbane, a droga prowadzi dookola wyspy, wiec jak jej nie obejsc. A wiec poszlam, podziwiajac i zatoki i gory, i kolory (rude i biale skaly, morze w wielu kolorach), patrzac na ludzi ktorzy plywali sobie w zatoczkach. Niektorzy nie maja takiego fiola jak ja, i przyjezdzaja w takie miejsce poplywac. A ja sobie myslalam - obejde wyspe, i potem poplywam, bo statki sa bardzo dlugo. Najpierw to byla droga, potem szeroka wygodna sciezka, potem waska sciezka. Spotykalam co pewien czas ludzi spacerujacych tak jak ja, pozdrawialismy sie "salve", i to bylo mile - wreszcie nie bylam dziwolagiem! Potem w pewnym miejscu sciezka zrobila sie jeszcze wezsza i zaczela sie wspinac do gory. To mi sie za bardzo nie podobalo, no bo mialam chodzic a nie nadwyrezac nogi. Potem sciezka dotarla do jakiegos miejsca ktore nosilo slady ludzkiej dzialalnosci, ale co to bylo? Cos jakby ogrod, jakis mur, jakies drzewa. Byly nawet drzewa iglaste, i sciezka prowadzila w ich cieniu. Potem zrobilo sie coraz bardziej skaliscie, tzn skaly byly i przedtem, ale teraz sciezka coraz mniej przypominala sciezke i wcale nie bylam pewna, czy to po czym ide, to sciezka czy po prostu skaly. Caly czas z lewej strony mialam Favignane, a po lewej bardziej z przodu - zasnuta jakas mgla Marittimo. I tak szlam, szlam i szlam, przestalam widziec w dole kapiacych sie ludzi, przybywalo skal, z ktorymi zaczelam rozmawiac (no bo jak wam taki potwor wisi nad glowa, to jak go nie poprosic, zeby akurat w momencie kiedy przechodze, nie przyszlo mu do glowy zmienic miejsce pobytu... Skaly najczesciej biale, ale tez zolte i zoltopomaranczowe, zaczelo sie z tego robic glazowisko. Poniewaz w gorze przestalo mi sie podobac, bo bylo zbyt stromo i niebezpiecznie, zeszlam na te glazy ktore czesciowo oblewala spokojna woda i szlam skaczac z kamienia na kamien. No, ale to trwalo trzy godziny i nie bylo nic latwiej, a wrecz przeciwnie... A ja wciaz widzialam z lewej Marettimo, no moze nie z przodu a bardziej z boku, ale wyspa wciaz nie chciala zakrecac. W koncu glazowisko zrobilo sie tak wielkie i te glazy wydawaly sie siegac szczytu gory, a wiec nie bylo zadnej drogi, zadnej sciezki, zadnych polek skalnych - i tu podjelam jedna z najmadrzejszych decyzji w moim zyciu: z ogromnym zalem postanowilam zawrocic. Kto mnie zna ten wie, jak ciezka byla ta decyzja. Ale wiedzialam, ze nie moge inaczej, bo raz, za daleko zaszlam i nie bylo pewne czy zdaze na ostatni statek, a dwa, jakby mi sie tam cos stalo, to nikt by mi nie pomogl, nikt by mnie tam nie znalazl. A jakby nawet pomogl i znalazl, to bylby straszny wstyd - taka duza i taka... Oczywiscie, do tego wszystkiego umieralam ze zmeczenia. Oczywiscie, woda mi sie dawno skonczyla, choc dookola wody bylo pelno, jedzonko bylo rano, i to wszystko, nogi ... lepiej nie gadac. Wczorajsze, przedwczorajsze itp wedrowki, plus rower, plus plywanie... Ale poniewaz wracalam ta sama droga, wiec dosc szybko skonczyl sie ten najtrudniejszy odcinek, weszlam znow na sciezke, na te tereny niby ogrodu czy sadu, potem na wyraznie udeptana sciezke, potem na szeroka piaszczysta sciezke, potem na droge, potem ... potem zobaczylam zatoke, i wiedzialam, ze sie udalo... Musze dodac, ze zaluje ze nie udalo mi sie obejsc wyspy. Myslalam, ze to po prostu niemozliwe, bo ten ostatni odcinek byl nie do przejscia (nie mowie o skalkarzach i alpinistach ale o zwyczajnych piechurach), ale to mnie pocieszalo dokad w sklepie pani Edy mila pani zapytala widzac, jak jestem zmeczona: zrobila pani wycieczke dookola wyspy? Powiedzialam - prawie, ale potem byly takie skaly ze juz sie nie dalo. A ona na to: jest tam sciezka gora, ale trzeba wiedziec, jak isc... No i co ja teraz zrobie? Musiala mi to mowic? Sara per un'altra volta... Jutro raniutko spadam stad, liczac na to, ze tylko na jakis czas, ze jeszcze wroce i jeszcze zobacze to czego nie udalo mi sie zobaczyc tym razem. Jade rano do Palermo, gdzie wsiadam w autobus do Piazza Armerina, tam bede jedna noc, mam nadzieje zobaczyc tzw Villa Romana, a nastepnego dnia spojrze sobie na Enne, ktora jest najwyzej polozonym i najbardziej centralnym miastem w Sycylii, i nastepnie pojade do Catanii. Ale o tym juz pozniej. Teraz ide sie spakowac i spac...
piątek, 28 września 2007
Dzien siodmy - Pantelleria
Hej, wlasciwie to powinnam nic nie pisac - tego sie po prostu nie da opowiedziec slowami... A poza tym, jestem niezywa ze zmeczenia, zgrzana, spieczona, nogi mnie bola a przed wyjazdem nie moglam wogole spac, bo sie balam ze zaspie. I to wszystko sie zlozylo na fakt, ze w tej chwili marze jedynie o kapieli, wysmarowaniu piekacych miejsc i spaniu, i z przerazeniem - o jakims chodzeniu... Pantelleria... (to moze chwilowo sobie pomilcze:) Wroce tu moze dzis a jak nie to jutro i dokoncze. No dobra, wykapalam sie, sprobuje, ale nie obiecuje ze dlugo uda mi sie pisac. A wiec, Pantelleria... To wyspa wulkaniczna w stu procentach. Kiedys tam lawa wylala sie z morza i powstalo pol wyspy. Po jakims nastepnym okresie wylala sie reszta. Ale to nie wszystko, bo stosunkowo niedawne powstanie wyspy z powodu dzialania wulkanicznego, powoduje ze znalezc tu mozna rozne dziwy przyrody: a to gorace zrodla (45-90 stopni), a to naturalne sauny (para bez wody), a to jaskinie zimna. Pantalleria nazywana jest czarna wyspa, bo jest tu masa kamienia wulkanicznego, czarnego, brunatnego, ciemnego, czasem rudego. Niebieskie niebo, zielononiebieskie i granatowe morze, czarne i rude skaly... Wyspa powstala z wulkanu i z wulkanu zyje: bloki lawy ciete sa na kawalki jak pustaki i z nich buduje sie grube mury podtrzymujace zbocza przed zsuwaniem sie - takie czarno-brazowe tarasy, grube mury okalajace tereny prywatne, grube mury broniace przed wiatrem. Budownictwo jest tu calkiem niezwykle. Sa to tak zwane dammusi - bardzo grube, czasem dochodzace do dwu metrow, a najczesciej kolo metra grube mury z bardzo grubym dachem, ktory ma ksztalt owalny i jego celem jest zbieranie wody deszczowej. Mury przed wszystkim bronia mieszkancow, ale nie tylko ich przed wiatrem, ktory tu wieje dokladnie caly rok. To wszystko wyglada ogromnie masywnie, ciezko, otwory okienne i drzwiowe sa bardzo grube i male. A kogo jeszcze chronia te budowle? Otoz takze zwierzeta - takie zaciszne stajnie, a rowniez rosliny! Czasami dla jednego drzewa budowano taki mur dookola, zeby drzewa nie byly poniewierane przez wiatr. Drzewa przycina sie zeby byly jak najnizsze, winorosle i inne rosliny rosna w zacisznych nieckach utworzonych przez ciemny mur. Tak bylo i tak jest. Te ciezkie domostwa wydaja sie niezamieszkane, jednak gdzieniegdzie widac jakies slady zycia ktore dowodza, ze jednak ktos tu bywa. Ale tez nowe domy buduje sie podobnie, widzialam rozpoczeta budowe z cegiel, przykryta takim wlasnie owalnym grubym dachem. Dammusi dla turystow to oczywiscie wielka atrakcja, a wiec sporo takich domow, nieco unowoczesnionych, z luskusami, ale na tradycyjnej zawadzie konstrukcyjnej. Opowiadanie o tym chyba nie daje wyobrazenia o co chodzi. To trzeba zobaczyc. Miejmy nadzieje, ze zdjecia to dobrze pokaza. Jesli ktos chce odwiedzic Pantellerie, trzeba wiedziec, ze po pierwsze, mimo, ze jest tu sporo turystow, choc malo ich widac, to prawie wcale nie ma tu sklepow, kawiarni, barow, mozna przejsc wiele kilometrow i nie znalezc wody nie mowiac o sklepie. Z lotniska nie ma autobusu do miasta. Sa takie zbiorcze taksowki (nieco tansze) lub po prostu taksowki. I nie ma wyjscia, trzeba placic. Jeszcze gorzej z powrotem, po na lotnisku taksowkarze sie napraszaja, wiec wydawaloby sie ze z powrotem bedzie tak samo. A gdzie tam! Jest znak postoju taksowek, ale jak przyszlo co do czego, to sie okazalo, ze taksowke trzeba wezwac telefonicznie, no a cena za powrot byla trzykrotnie wyzsza niz cena za przyjazc... Ja tak sobie myslalam, ze to taka mala wyspa, pewnie tu wogole ruchu nie ma... A tu drogi, samochody. Gorzej, nikt tu nie chodzi, wszyscy jezdza! W informacji turystycznej facet nie potrafil mi powiedziec jak to jest z autobusami, niby sa, ale dokladnie nie wiadomo o co chodzi, a ile kosztuja? On tego nie wiedzial. Dal mi jakis rozklad, ale dosc to bylo skomplikowane no i okazalo sie ze zeby gdziekolwiek dojechac, musialabym czekac z poltorej godziny. Facet mi powiedzial, ze bez samochodu to tu sie nic nie da zobaczyc. Usmiechnelam sie i ruszylam w droge. Bylam jedyna osoba, ktora po wyspie poruszala sie pieszo. Wogole w mojej wedrowce nie widzialam ludzi, procz tych w samochodach. Spotkalam po paru godzinach jednego rowerzyste, cudzoziemca, ktory pozdrowil mnie, jako ze bylismy podobnymi dziwolagami. Wyszlam z miasteczka Pantalleria brzydka droga, brzydkim przedmiesciem, szosa. Ale tak bylo jednak najprosciej, bo widzialam gdzie ide. I niedlugo zaczelam wydawac z siebie okrzyki zachwytu. Te ogromne, polupane jakies brunatne skaly i morze. Zeszlam, ale mowy nie bylo o kapieli, za duzy wiatr, za wielkie fale. Szlam i szlam i szlam. Wiedzialam, ze pieszo nie zwiedze calej wyspy, ale w sumie, czy musze cala? Chcialam po prostu zobaczyc cos ciekawego. Oczywiscie, mase dammusi w roznych ukladach, i te stare, rozwalajace sie, i te eleganckie. Widoki zapierajace dech w piersiach. Az w koncu dotarlam do szlaku pieszego, niestety, szlak byl tylko na tabliczce, nie byl wymalowany nigdzie, wiec latwo bardzo bylo zgubic droge. Ale udalo sie - dotarlam do jeziora zwanego Zwierciadlem Wenus. Jak o nim opowiedziec... Seledynowa woda, nieco jasnego blota takiego jakby wapiennego, ponoc to lecznicze gliny, ludzie sie tym nacierali ( no tak, tam pare osob bylo...). Ze po dlugiej juz wedrowce bardzo mi sie chcialo pic, a wode musialam wypic przed wejsciem na lotnisko, wiec chcialam skorzystac, bo woda byla przezroczysta i czysta. Ale ... slona! Kiedy z drogi weszlam w kierunku jeziora, pomyslalam, ze wlasciwie to super byloby pojsc w te gory i wyjsc na druga strone wyspy. No i poszlam. Tam tez byl szlak. Prowadzil miedzy innymi na gore, zwana Montagna Grande, co znaczy dosc po prostu, Wielka Gora. No, ale na te gore nie mialam zamiaru sie wspinac, chcialam po prostu zdobyc przeciwna strone wyspy. Jesli kiedys bedziecie chcieli pic, chetnie tez byscie cos zjedli, mozecie sprobowac pokrzepic sie owocami opuncji. Radze tylko usilnie, nie bierzcie ich w reke! Wyjecie setek drobniutenkich jak wlos, swedzacych i klujacych igielek nie jest latwe. A co dopiero, jak spragniony wedrowiec zbyt lapczywie chce zlizac sok i miazsz opuncji wargami i jezykiem... Przez ta cala droge udalo mi sie znalezc jedna jedyna studnie. Zadnego sklepu, zadnego baru, zadnej oczywiscie pizzerii. Zadnego autobusu, lub taki co jechal w przeciwnym kierunku. Zreszta, to przejscie przez gory bylo juz zupelnie wyczynem samotnym, no bo tam nie bylo nic, procz widokow, kamiennych dammusi ze sladami bytnosci czlowieka, wspanialej roslinnosci, jaszczurek, slonca i wszedobylskiej lawy... I przeszlam! Zobaczylam morze po przeciwnej stronie! I dalej szlam (od lotniska, a wiec oddalalam sie coraz bardziej od miasteczka Pantelleria). Troche jednak liczylam ze dotre do jakiegos innego miasteczka, gdzie bedzie jakis bar, albo sklep, albo ktos albo autobus albo juz nie wiem. Nie, byly tylko fantastyczne widoki. Oczywiscie, byly wszedzie dammusi, byly tez takie, ktore wyraznie byly zamieszkane przez turystow, ale ludzi nie bylo. Zobaczylam w koncu na horyzoncie jakas wieze na gorze, jakis kosciol. Postanowilam tam pojsc, mimo, ze bylo to bardzo daleko. Gdzies tam chcialam zejsc z drogi w dol, do morza, ale najpierw zobaczylam na plocie napis: "Uwaga na psa, bo ma bardzo marny charakter", a potem zaczelo szczekac i zblizac sie... Wiec sie wycofalam. Gdzies tam jeszcze chcialam zejsc, wydawalo sie ze to jakby zabudowania letniskowe, droga do morza, ale okazalo sie ze to byly prywatne budynki i wycofalam sie... Doszlam do tego kosciolka, i tam byla droga prowadzaca wreszcie w dol, i zakrecajaca spowrotem w kierunku miasteczka Pantelleria. Z mapki wynikalo, ze przeszlam prawie pol wyspy. Wczesniej szlam droga prowadzaca wysoko, z pieknymi widokami, ale brakiem dostepu do morza. Teraz szlam nieco bardziej ludzka ulica, byly tam nawet i ze dwa sklepiki, oczywiscie, zamkniete. Byly jakies kosciolki, puste. Zaczelam liczyc czas do mojego samolotu, mialam jeszcze sporo czasu, no ale jednak przeszlam naprawde wiele drogi. Az tu nagle, o dziwo, zatrzymal sie samochod i na szczescie nie byl to jakis facet szukajacy zarobku, ale rodzina, ktora zaprosila mnie do samochodu. Okazalo sie, ze byli to ludzie, ktorzy kiedys tu mieszkali, maja tu dom, taki wlasnie wspanialy kamienny, i przyjechali na wakacje. Zapytali, gdzie mnie podwiezc, powiedzialam, ze bede wdzieczna jesli znajde sie nieco blizej lotniska. A wiec zawiezli mnie droga, gdzie przez chwile zalowalam ze bylam w samochodzie, bo na wybrzezu bylo cos nieprawdopodobnego- ogromny teren wybrzeza najezony takimi jakby odlamkami lawy, jak las czarnego kamienia, sterczacego do gory. Ci ludzie nie tylko przewiezli mnie spory kawalek, ale jeszcze podwiezli do starego skalnego grobowca i wytlumaczyli jak stad dalej dostac sie do miasteczka. Trudno wytlumaczyc na czym polegal ten grobowiec. To byla budowla z ukladanych na sobie warstw blokow lawy, troche tak jak igloo, ale tez tak, jakby te warstwy slimakowo nakladaly sie jedna na druga. I wzdluz tego slimaka, coraz wyzej i wyzej byly co pewien czas takie jakby jaskinie - to byly grobowce! Potem poszlam dalej. Byc moze, ze jutro dopisze cos jeszcze. W kazdym razie w koncu z niemalym trudem udalo mi sie wezwac taksowke (za potrojna cene dojazdu z lotniska do miasteczka) i dotrzec na lotnisko, potem dotrzec do lotniska w Birgi, odczekac swoje do autobusu, dotrzec do domu... Jutro mialam zrobic dluga trase w rezerwacie Lo Zingaro. Ale juz widze, ze musze troszke przystopowac. Pojade tam, ale raczej duzo nie pochodze, po prostu nie dam rady... A teraz padam spac...
czwartek, 27 września 2007
Dzien szosty - Mazara del Vallo, Marsala, Trapani
Hej, zacznijmy od tego, ze ktos zamknal na klucz lazienke, a klucz chyba zabral ze soba. Nikogo nie widac i co teraz? Po takim dniu przydalaby sie mozliwosc skorzystania z lazienki... Ale od poczatku. Pojechalam do Mazary autobusem. Ktos, i to niejeden, w dziennikach z podrozy po Sycylii skarzyl sie na sycylijskie autobusy, ze nikt nie wie gdzie i kiedy jezdza. Slyszalam takie wypowiedzi rowniez od Wlochow, ba, nawet od jednego Sycylijczyka, ktoremu sie wydawalo, ze jak ktos gdzies jedzie, to jak nie ma samochodu, to musi kogos poprosic o podwiezienie... A to wszystko nieprawda! Fakt, jest tu iles tam linii i trudno sie w nich polapac, oznaczenia sa malo wyrazne, autobusy maja tabliczki tylko na przodzie itp, ale... wszystko co znalazlam w internecie na temat rozkladow jazdy sprawdza sie do joty! Nie ma sensu narzekac, jesli ktos nie potrafi sie w tym znalezc, bo autobusy sa, jezdza tam gdzie maja jezdzic, prawie punktualnie, bo kto by patrzyl na pare minut spoznienia i to nie ich wina ze my mozemy miec problem z polapaniem sie w tym systemie! Do Mazary i Marsali jezdza autobusy i pociagi, moglam wiec wybierac co mi bardziej odpowiadalo, a stacja kolejowa jest tuz obok autobusowej. Autobus byl pierwszy, a wiec wybralam autobus. Napisane, zeby bilet kupic w kasie. Kasa zamknieta. Na kasie napisane, ze bilety mozna kupic w barze. W barze mowia, ze u kierowcy. Ok, nadjezdza autobus, prosze kierowce o bilet, mowi, ze w barze, i ze niech nie gadaja, bo powinni sprzedac. Pora odjazdu, wiec biegiem do baru (ale ja wiem, ze kierowca by poczekal), i mowie, ze maja sprzedac. A oni mowia, ze jak do Marsali to moga, ale do Mazary nie, i zebym to powiedziala kierowcy. No dobra, to ja do kierowcy, a on mowi, a, no to nic, sprzedam pani ten bilet. I wszystko sie dobrze konczy. Po drodze kierowca caly czas rozmawia przez komorke i zalatwia jakies sprawy zwiazkowe, nawet odczytuje komus pismo jakie napisal w jakiejs waznej sprawie. A potem rozmawia z pasazerem z drugiego rzedu ktory przyjechal z Tivoli i opowiadal co widzial we Wloszech, jakie wrazenia, co mu sie podoba a co nie, a kierowca tlumaczyl co gdzie warto zobaczyc. Bardzo duzo skorzystalam z tej podrozy, bo dowiedzialam sie, ze - choc wszyscy mowili, ze w Trapani nie ma nic ciekawego, procz Erice, do zobaczenia - jest tu piekna starowka. I to wszystko dzieki gadajacemu kierowcy, nad ktorym widnieje napis "nie rozmawiac z kierowca" No, a teraz juz o celu podrozy: Mazara... to wielki port, w ktorym pracuje masa robotnikow afrykanskich. Czasami ma sie wrazenie, jakby sie bylo w arabskim miescie. Bo nie tylko twarze, nie tylko jezyk ktory slychac, nie tylko napisy czesto po wlosku i po arabsku, ale rowniez architektura, waskie uliczki, zdobnictwo. Wiedzac, ze najciekawsze co mozna w Mazarze zobaczyc to arabska dzielnica Casba, zapytalam przechodzaca pania jak dojsc do tej dzielnicy. Spojrzala na mnie z niedowierzaniem: "czy pani jest pewna, ze tam wlasnie chce pani pojsc???" - zapytala. "Oczywiscie, nie wiem tylko jak tam sie idzie" - odpowiedzialam. Pokazala mi droge, caly czas obrzucajac mnie spojrzeniem, takim jakbym chciala skoczyc na banjo z najblizszego budynku... A wiec Casba - waskie, wijace sie uliczki, ale nie takie biedne, odrapane, zaniedbane jak La Kalsa w Palermo, nie, Casba w Mazara jest piekna! Trudno to opisac, miejmy nadzieje, ze zdjecia to pokaza. Wiekszosc domow jest zolto-pomaranczowych, wszystkie, i te arabskie, i te "bardziej cywilizowane" sa jedno, a najwyzej dwupietrowe, i znow jakos tak, wszystko jest w jednym stylu, wszystko do siebie pasuje. Chodzilam po tych waskich uliczkach, wybrukowanych pieknie, wyslizganych, robilam zdjecia i nikt sie na mnie nie rzucil, nikt mnie nie zamordowal, nikt ode mnie nic nie chcial, jeden chlopak troche raptownie zatrzymal sie na motorino, ale okazalo sie, ze to dlatego ze nie chcial mi przeszkadzac kiedy robilam zdjecie, i zatrzymal sie po prostu w miejscu... W Mazarze spedzilam pol dnia, a drugie pol w Marsali. Oczywiscie, w takiej sytuacji troszke to sie miesza. Mysle, ze zdjecia mi pomoga zrozumiec lepiej to co widzialam. Ale moge powiedziec, ze Mazara jest taka wlasnie, dwupietrowa, stonowana, nie krzyczaca, w jednym stylu, oczywiscie, jest tam tez stare miasto z przepieknym Piazza della Reppublica, ale wiekszosc miasta pamietam wlasnie tak. Natomiast Marsala... coz, wina nie pilam...Obeszlam port, weszlam na dlugie nabrzeze, takie jakby molo dla lodzi, na koncu byla latarnia morska, a ja lubie dojsc do jakiegos konca czegos. Wiec mam zdjecia tej latarni i z ladu, z morza, tzn z tego mola. Mam z mola zdjecie nabrzerza po ktorym chodzilam wczesniej, i statkow, i lodzi, i rybakow czyszczacych sieci, i dzieciakow z wedka. Marsala jest dosc duzym miastem, robi w kazdym razie wrazenie potezniejszego miasta niz Mazara, domy sa wyzsze, bardziej doniosle. Znalazlam stare miasto i dech mi zaparlo... Co budynek, to piekniejszy, kosciol przed kosciolem i za kosciolem a obok kosciol... Przepiekne staromiejskie zadbane uliczki, znow te cudne wyslizgane trotuary... Chodzilam tak i chodzilam, az w koncu postanowilam wrocic na dworzec (bo z Mazary do Marsali przyjechalam pociagiem, jakos tak stacje kolejowa latwiej znalezc niz przystanek). Poszlam na oko, ale wolalam zapytac, oczywiscie, trzeba bylo pojsc w odwrotnym kierunku, znow to niedowierzanie - pieszo??? Ludzie kochani, jakbyscie wiedzieli ile ja kilometrow zrobilam w tym waszym miescie... Oczywiscie, znalazla sie stacja kolejowa, i pociag przyjechal calkiem na czas... W Trapani bylam za dwadziescia siodma i pomyslalam sobie - tzn dwie mysli mi przyszly do glowy: jedna, ze jutro musze super wczesnie wstac, wiec jade do domu autobusem, a pod domem kupie sobie cos do jedzenia i picia na Pantellerie, bo tam bedzie na pewno drogo. A druga, ze warto byloby jeszcze zobaczyc to stare miasto w Trapani... No wiec z przystanku, zamiast wsiasc w autobus, poszlam w zupelnie odwrotnym kierunku niz do domu - i znalazlo sie stare miasto! Bylo juz dosc mrocznie, wiec nie wiem jak wyjda zdjecia, ale chcialabym zeby wszyscy ci, co mowia, ze nie ma tu nic do zobaczenia, a Trapani to brzydkie miasto, popatrzyli na te cuda! Ciekawe, bo Trapani jest tak zbudowane, ze srodkiem idzie ulica, ktora pnie sie do gory az do stop gory Erice, i gdzies tam po srodku jest B&B Novecento, i myslalam, ze ta ulica sie zaczyna tam, gdzie wsiadalam w przystanek, i ze caly ten cypel wchodzacy w morze calkiem niedaleko sie konczy. A okazuje sie, ze jak poszlam od przystanku w przeciwnym kierunku, i tak szlam, i szlam, i szlam, to bylo piekniej, i piekniej i piekniej... Cudne odrestaurowane kamieniczki, kamienice, koscioly, piekny bruk, atmosfera tego ichniego cieplego wieczoru kiedy wszyscy wychodza na ulice. I kiedy tak szlam, i szlam i szlam, znow zrozumialam, ze ta ulica skonczy sie tam gdzie sie konczy lad. I tak wlasnie bylo, a moze i jeszcze lepiej, bo lad sie skonczyl, ale w morze wchodzilo kamienne mole - droga, na koncu ktorego stoi wieza? Latarnia? Nie wiem dokladnie, ale to byl ten koniec, najbardziej koncowy koniec gdzie dalej juz morze... Bardzo, bardzo sie ciesze ze tam dotarlam i ze wiem wreszcie co jest w Trapani, tym miescie o ktory marzylam od kilku lat... Trzeba bylo jeszcze wrocic... Ale wieczor cieply i piekny, dookola swiatla, ruch, duzo ludzi, a wiec i idzie sie z przyjemnoscia, choc bola nogi. Jest w koncu przystanek, jest autobus, wsiadam. Patrze na zegarek, no super, zdaze jeszcze kupic cos na jutro (bo ja sie tutaj tak zywie, pizza na zimno bez jakiegos specjalnego smaku i woda, nie udaje mi sie zjesc czegos ciekawego). Az tu nagle... autobus skreca w jakas boczna ulice i widze, ze pomylilam numer! No dobra, zaraz wysiade i wroce, ale ten jedzie i jedzie i jedzie i wogole sie nie chce zatrzymac! Wywiozl mnie daleko daleko, na powrotny nie wiadomo czy mozna bylo liczyc, nie bylo widac zadnego przystanku, nie ma co, trzeba ruszyc glowa i nogami i liczyc na siebie. Rozejrzalam sie - gdzie ta charakterystyczna, znajoma gora Erice? Jest! A, to znaczy, ze musze sie kierowac ponizej gory. Najbierw teren byl ciemny i bezludny, potem zrobily sie ulice, ale w ktora skrecic zeby dojsc do domu? Wiadomo, mozna zapytac, i ostatnio pytam duzo czesciej niz zwykle, ale jak nie musze, to co bede pytac, zawsze zdaze. Wybieram ulice wedlug mojej orientacji i w koncu co widze? Jest Muzeum Pepoli, a moja ulica to Via Pepoli, patrze na numer, jest 180, a moj 80, no to jeszcze chwila i bede w domu! Chwila byla dosc dluga, ale na koniec.... jestem, pisze, i zaraz padne... Sklepy zamkneli, to nic. Wody troche mam. Jutro wielki dzien, wymarzony, wysniony, wyteskniony. Ile razy myslalam o Pantellerii. Szukalam sposobu jak tam dojechac, doplynac, doleciec. Potem zrezygnowalam. A na pare tygodni przed wyjazdem podjelam decyzje i kupilam bilet na samolot Meridiany. Samolot mam o 8.45, musze byc na lotnisku na godzine przed, no ale zeby nie bylo za latwo, autobus z Trapani jedzie o..... o 6.15!!! Szukalam, dowiadywalam sie, sprawdzalam, pytalam. Nie ma innego. Musze jechac tym, a ze rano o tej porze pewnie na komunikacje miejska nie ma co liczyc, to musze z domu wyjsc... moze juz teraz? ;) Nie, no chyba o wpol do szostej... Ale nic to! Nic to ze nie zjem fantastycznych buleczek na sniadanie ktore serwuje Ignazio (i choc mam te sniadania w cenie, to nie zjem juz ani raz do wyjazdu, bo sniadanie jest od 8.30 a to dla mnie za pozno. Nic to ze nie kupialam sobie takich buleczek na droge, to wszystko nic. Wazne, ze jutro bede w calkiem niezwyklym miejscu i niech mi nic w tym nie przeszkodzi...
środa, 26 września 2007
Dzien piaty, Trapani, Erice no i Saliny
Jak ja nie znosze pisac dwa razy tego samego! Mialam tu szczegolowo opisany prawie caly dzisiejszy dzien, ale musialam na chwile odejsc, z chwili zrobilo sie wiecej, a w tym czasie ktos dzialal na komputerze no i wykasowal wszystko co napisalam! No, to jeszcze raz... Dzis rano pozegnalam Palermo i Ostello Baia del Corallo, zalujac ze udalo mi sie tylko jeden raz, ale za to dobrze, skorzystac z morza. Wczoraj i przedwczoraj lalo, dzis za wczesnie wyszlam. Ostello ma jedna wade, ze do Palermo jedzie sie dlugo, a potem do centrum drugie tyle, i traci sie mase czasu na dojazdy. Dzis jechalam tylko pol drogi, ale i tak poszlo 40 minut, a z czekaniem na autobus prawie godzina. A jak wsiadlam w autokar do Trapani, to po 45 minutach znalazlam sie ... w tym samym miejscu - mialam okazje sfotografowac zatoke Baia del Corallo z drugiej strony, z drogi... Po drodze widoki byly niesamowite, szczegolnie rezerwat Dello Zingaro, ktory mam zamiar odwiedzic za dwa dni, widziany z drugiej strony zatoki byl zupelnie niezwykly. Wielka gora nad wielka woda, a woda miewa wszystkie mozliwe kolory... W Trapani szybko znalazlam moje B&B 900, pokoj mam od ulicy, no ale trudno, za to jest wygodny i moge spac na dwu lozkach:) - a najwazniejsze, ze jest internet! Po odswiezeniu sie poszlam na stacje kolejki linowej ktora wjechalam do Erice - Erice to sredniowieczna miescinka zbudowana na niedostepnej gorze, ktora choc ma tylko 900 m, ale znajduje sie tuz nad morzem. Jadac kolejka mozna podziwiac niezwykly widok Trapani, wysp, kolorow morza, saliny i gory. A po wjezdzie na gore dopiero zaczely sie emocje... Nie ma tam miejsca, ktorego nie warto by sfotografowac... Wszystkie drogi wybrukowane sa starannie w wyslizgany wzor z kamienia, kamienne domy, mury, koscioly, Wszystko to stloczone w pradawnych saracenskich murach... Czesc domow nie jest zamieszkana, ale jednak duzo ludzi tu mieszka, i najchetniej jezdza z Trapani do domu wlasnie kolejka linowa. Niezwykle to wyglada, gdy kolejka przelatuje nad droga, ktora wspina sie samochod czy autobus. A jeszcze lepiej, jak tymi waziutkimi uliczkami przejezdza samochod (ruch jest niewielki bo tylko mieszkancy moga jezdzic, ale i tak robi to wrazenie, zreszta, to sysylijska specjalnosc, mijanie sie o milimetry). Po powrocie na dol postanowilam poszukac jak sie dostac do portu i jak zobaczyc saliny, czyli starodawne zaklady produkujace sol z wody morskiej. Zrobilam chyba milion kilometrow, najpierw, schodzac z Erice (tej czesci miasta na dole, pod wielka gora) az do portu, potem wzduz portu, gdzie chcialam zobaczyc kawalek morza, ale sie nie dalo bo wszystko zaslonil brzydki mur, a potem za kierunkowskazami na saliny, myslalam, ze to dwa kroki... I tak szlam, szlam, i szlam, pod koniec juz tylko dlatego, zeby ta droga miala jakis sens, ale ze strachem, jak ja stamtad wroce... Kiedy dolazlam do czegos co te saliny wymarzone przypominalo, robilo sie juz ciemno, zobaczlam dwie kupy soli przy drodze, oraz kilka mlynow, ale niezupelnie tak sobie to wyobrazalam. Najbardziej balam sie, jak ja stamtad do domu wroce, no bo zadnego autobusu, tylko samochody mnie mijaly i ludzie sie gapili, co ja tu sama robie. Ale nikt sie nie zatrzymal. Troche dobrze, bo balam sie jakichs zaczepek, i ryzykowne byloby skorzystac z zaproszenia do samochodu, ale jednak, fajnie byloby wrocic samochodem, autobusem, motorem czy czymkolwiek...Ale wrocilam na wlasnych, bolacych nogach i trafilam do autobusu, no i do domu... I wciaz mysle o Erice i o ludziach zyjach tam, i jak tam zycie wyglada kiedy wszyscy turysci zjada na noc na dol... Zapelnilam juz wszystkie moje karty zdjeciami i nie bez trudu i z ogromna pomoca gospodarza b&b udalo sie je (chyba, bo nie umiem sprawdzic) przeniesc na cd i teraz bardzo boje sie wykasowac zdjecia z tych kart, ale musze, bo jutro tez bedzie dzien... Jutro chce jechac do Marsali i Mazary... A najpierw trzeba sie wyspac i nogi wykurowac. Wiec, do jutra. Acha, nie wiem czy dzis mi sie to jeszcze uda zrobic, ale teraz kiedy nic mnie nie popedza przy pisaniu postaram sie uzupelnic poprzednie wpisy, wiec radze sprawdzic, czy cos sie w nich nie zmienilo. Pozdrowionka z najbardziej zachodniej Sycylii jak to tylko mozliwe!
wtorek, 25 września 2007
Dzien czwarty - Palermo, Cefalu, Monte Pellegrino
Zaraz skonczy mi sie karta, a chcialabym przed wyjazdem do Trapani, gdzie pewnie nie bedzie internetu, napisac o dzisiejszym dniu. Pogoda byla lepsza niz wczoraj, ale tez padalo, choc nie byla to juz ulewa, ale takie cieple pokapywanie i bylo pochmurnie, ale stwierdzilam, ze nie po to tu przyjechalam zeby chronic sie w pokoju przed deszczem - szkoda tylko, ze nie bylo mozliwe zrealizowanie marzenia o ponownej kapieli porannej... Wybralam sie wiec pociagiem do przepieknego, sredniowiecznego miasta na polnocnym wybrzezu, Cefalu. Warto bylo naprawde! Jest to sredniowieczne, bardzo zadbane, czyste i ladne miasteczko, tylko nieco za duzo tam turystow... Udalo mi sie znalezc taka starozytna arabska pralnie, ktora byla uzywana jeszcze niedawno! Wykorzystano splywajaca slodka wode, ktora wyplywa w murach jak ze zrodel, wybudowano specjalne jakby wanny, przy ktorych znajduja sie takie tablice do szorowania. Bardzo pomyslowo to zrobili! Po powrocie do Palermo, znow w deszczu pojechalam na gore ktora sie wznosi nad Palermo, Monte Pellegrino, tez warto bylo, bo co prawda pewnie bym widokow nie zobaczyla, bo okazalo sie, ze przyjechalam ostatnim autobusem, ktory odjezdzal za 10 minut, a tam gdzie dojechal nic nie bylo widac byl tam tylko kosciol z grota Sw. Rozalii, ale ja chcialam koniecznie dotrzec do miejsca z ktorego rozciagal sie widok na cale Palermo. W pospiechu zapytalam jednego milego pana, a ten nie tylko mi powiedzial gdzie - nie bylo szans tam dotrzec i wrocic w tym czasie, ale zaoferowal sie ze mnie tam zawiezie, po czym kazal mi sie nie spieszyc, zawiozl w inne miejsce widokowe i nastepnie zwiozl na dol do przystanku autobusowego! Biorac pod uwage, ze jest to naprawde ogromna gora i tak zjazd jak i wjazd to karkolomna praca, to naprawde jestem wdzieczna temu panu za pomoc, calkowicie bezinteresowna (ba, jeszcze dostalam na pamiatke flakonik pachnacy jakimis ziolami! |